s. Bertranda CSSH

s. Bertranda CSSH
s. Bertranda CSSH

Anna Maria Hoffmann urodziła się w Osieku (obecnie Osiek 10), tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej. Jej ojciec był piekarzem i prowadził sklep. Jako mała dziewczyna, po zakończeniu wojny wraz z matką i dwojegiem braci opuściła Osiek. Jej ojciec zginał w Rosji, a mieszkająca z nimi babcia zmarła na tyfus. Po zakończeniu szkoły wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr św. Jadwigi - jadwiżanek i przybrała imię zakonne: Bertranda.

Na co dzień siostry jadwiżanki pracują z dziećmi i młodzieżą, szczególnie tą zaniedbaną i opuszczoną, a także opieką nad dziećmi zahamowanymi w rozwoju, zajmują się też katechizacją oraz opieką nad chorymi w szpitalach i domach opieki. Prowadzą wypiek hostii i komunikantów. Pomagają w duszpasterstwie jako katechetki, zakrystianki i organistki. Pielęgnują chorych, m.in. w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

Jadwiżanki codziennie modlą się w intencji podopiecznych. Siostry niezatrudnione bezpośrednio w pracy wychowawczej czy pielęgniarskiej, a także niezdolne do posługi i chore, ofiarują w ich intencji swoje trudy, dolegliwości i cierpienia. W ten sposób realizują charyzmat zgromadzenia.

Siostra Bertranda od kilkunastu lat pracuje w Domu Generalnym Zgromadzenia w Berlinie. W lipcu 2005 roku miałem przyjemność spotkać się z s. Bertrandą i wysłuchać jej krótkich wspomnień. Są to wyrywkowe wspomnienia, gdyż w roku 1945 s. Bertranda była jeszcze dzieckiem. Oto kilka fragmentów Jej opowiadań:

"Gdy w lutym 1945 roku do Osieka wkroczyła Armia Radziecka wszyscy mieszkańcy wioski byli zebrani na nabożeństwie w kościele. Każdy bał się wychodzić z kościoła, a i również zabroniono im. W kościele spędzili całą noc. Następnego dnia wraz z mamą i braćmi zostaliśmy wypuszczeni jako jedyni z kościoła. To dlatego że mieliśmy sklep i mama pomagała ukraińcom i rosjanom pracującym w niewielkim obozie pracy, który był poza wioską, w stronę Nowego Młyna. Nikt tego obozu nie widział, bo mieli zakazane tam chodzić. Obozowicze przychodzili rano do gospodarzy i pracowali u nich na polach. Przychodzili także do sklepu robić zakupy. Ja siedziałam pod ladą sklepu i gdy oni kupowali różne rzeczy, mama wkładała je im do torby, płacili, a ja te pieniądze wkładałam im do tych zakupów, tak, że ostatecznie otrzymywali te rzeczy za darmo. Za to groziła nam śmierć. Gdy wkroczyła Armia Radziecka, ci obozowicze wszystko opowiedizeli im i dlatego pozwolono im wyjść z kościoła. Walki we wsi toczyły się długo.

W końcu postanowiono wywieżć wszystkich mieszkanców do ratusza w Kątach Wrocławskich, gdzie przebywali do maja 1945 roku. Wcześniej zorganizowali Rosjanie wywóz mężczyzn w głąb Rosji. Byli to już sami staruszkowie i kalecy, gdyż młodzi zostali zabrani wcześniej do armii. W tym transporcie zabrali także mojego ojca i proboszcza, który jako jedyny wrócił, żeby przekazać, że pozostali zostali zabici. Moja babcia przez okres naszego pobytu w ratuszu w Kątach Wrocławskich była w Wichrowie, gdzie mieliśmy rodzinę. Tam zmarła na tyfus, który pochłonął sporo osób w tym czasie. Rosjanie z niektórymi mieszkańcami obchodzili się brutalnie. Komendantowi obozu, który mieszkał we wsi i miał duże gospodarstwo rolne kazali położyć się na ziemi i przejechali go czołgiem. Zabili także wiele niewinnych osób, w tym moją kuzynkę, która szła drogą. Pamiętam do dziś stertę martwych ciał na drogdze. Zabitych było sporo. W między czasie zginął oficer Armi Radzieckiej i pochowano go koło wejścia do kościoła przy wieży. Słyszałam też o masowym grobie członków obozu, który miał znajdować się w lesie koło Nowego Młyna.

Po zwycięstwie Armi Radzieckiej do Osieka przybywali Polacy. Wybierali sobie domy. Pamiętam jak do naszego domu przyszło dwóch żołnierzy radzieckich z jakimś Polakiem. Powiedział im, że bierze ten dom. Byliśmi przerażeni, bo nie wiedzieliśmy jak nas potraktuje. W domu, jak i całej wsi, nie było nic do jedzenia. Mama powiedziała temu Polakowi, że nie mają nic do jedzenia. Zniknął on na noc. Nie wiedzieliśmy co się z nim stało, gdzie się podział i czy wróci. Następnego dnia przyszedł i dał mamie cały worek z jedzeniem. Prosił mamę, żeby ugotowała obiad. Mama ugotowała z tego co przyniósł obiad dla niego, a dla nas z tego co nam jeszcze pozostało. Wtedy zdenerwował się i uderzył reką w stół i powiedział, że ma gotować z tego dla wszystkich. I tak dzięki temu przetrwaliśmy. Osieka nie opuściliśmy od razu. Ciągle myśleliśmy, że przyjdą wojska i odzyskają Osiek. Tak samo myśleli Polacy przychodzący do Osieka, że długo tu nie będą. Po roku czasu przyszedł dekret nakazujący wszystkim opuszczenie Polski. Tak musieliśmy wyjechać. Pamiętam, jak siedziałam na wozie i mieszkający w naszym domu ów Polak - Stefan, powiedział do mnie, żebym została. Ja już bym zeszła z wozu i została, ale mama nie pozwoliła mi. I tak wyjechaliśmy do Niemiec. Nie wiedzieliśmy gdzie jedziemy, co bedziemy robić i za co żyć. Jakoś to wszystko się ułożyło. Kontaktując się z Stefanem znaleźliśmy naszych bliskich, którzy również mieli kontakt z nim. Nikt z mieszkańców nie chciał tej wojny. Pamiętam jak zabrano naszego nauczyciela i organistę zarazem do wojska. Przyszła na jego miejsce nowa dyrektorka szkoły. Kazała nam pozdrawiać Hitlera, a my nie chcieliśmy tego robić i nie pozdrawialiśmy, co doprowadzało ją do wściekłości. Kazała także pościągać wszystkie krzyże w salach szkolnych. Nasi rodzice zaś w nocy zawieszali je na swoje miejsca. Za to groziła im śmierć. W takich warunkach dyrektorka nie wytrzymała długo. Rodzice poprosili żonę dawnego dyrektora, aby uczyła dzieci przynajmniej pisania, czytania i rachunku. Nie chciała się zgodzić, bo miała małe dzieci. Rodzice zaproponowali jej, że codziennie będą gotować obiad dla jej dzieci i nimi się zajmować. Na takie warunki zgodziła się. Teraz po kilkudziesięciu latach od wygnania odwiedzam Osiek wraz z innymi byłymi mieszkańcami wioski. Nasze kontakty koordynuje pan Ludwig Hartmann. Mam kontkat też z sąsiadką z naprzeciwka (Osiek 78), która także jest zakonnicą."