Rusko

Jedną z ciekawszych miejscowości w okolicy Osieka jest Rusko. Położone w drodze do Strzegomia swoją historię wywodzi już od wczesnego średniowiecza, kiedy to było ono siedzibą parafii katolickiej. Część dziesięciny z Osieka na początku XIV wieku była m.in oddawana na potrzeby kościoła w Rusku.

Kościół filialny Świętych Piotra i Pawła, zbudowany ok. 1239 r., był powiększany w XVI i XVIII w., remontowany w 1835 i 1962 r. Orientowany, murowany, o ciekawym jednonawowym założeniu. Po obu bokach nawy przy prezbiterium zaplanowano dwie półkoliste wieże, nadając wnętrzu charakter założenia transeptowego. Niestety obecnie zachowała się jedynie wieża północna. We wnętrzu w prezbiterium nakrytym sklepieniem krzyżowo-żebrowym zachowała się drewniana rzeźba Madonny z Dzieciątkiem z końca XV w.

W latach 40 i 50 XX wieku w Rusku istniał PRLowski obóz pracy przymusowej. Więcej o obozie w poniższym artykule Rafała P. Palacza opublikowanym przez tygodnik Niedziela (46/2008). Obecne zdjęcia dawngo obozu można zobaczyć na stronie www.fotopolska.eu

Pamiętać o peerelowskim gułagu

Cztery wieżyczki obserwacyjne 2,5 x 2,5 x 5,4 m, ogrodzenie z drutu kolczastego na słupach żelbetowych, strażnicy – to była granica miedzy wolnością a więzieniem dla przebywających w peerelowskim gułagu we wsi Rusko koło Strzegomia, jednym z czterech stalinowskich obozów pracy dla więźniów na Dolnym Śląsku. Dzięki kilku byłym więźniom i księdzu proboszczowi Janowi Olenderowi z pobliskiego Jaroszowa pamięć o tym miejscu kaźni nie zginęła. Rusko to mała wieś w Polsce, położona w województwie dolnośląskim, w powiecie świdnickim, w gminie Strzegom. Wieś „zjadana” przez znajdującą się obok kopalnię gliny ogniotrwałej „Stanisław” – z roku na rok nikną tam kolejne domy. To właśnie tam, już od pięciu lat, odbywają się spotkania patriotyczno-religijne. Uroczystości w Rusku poświęcone są pamięci więźniów obozu pracy przymusowej, który funkcjonował tam w latach 1950-1965. – Po raz pierwszy zorganizowaliśmy je w 2004 r. – opowiada ks. Jan Olender, proboszcz parafii pw. św. Jana Chrzciciela w Jaroszowie, do parafii którego należy również mała świątynia pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Rusku. – Wcześniej niemal nic się nie mówiło o tym, że w latach stalinizmu Rusko to było jedno wielkie wiezienie, w którym przetrzymywano zarówno więźniów politycznych, jak i zwykłych, kryminalnych. Tutejsi mieszkańcy do dziś o tym mówią bardzo niechętnie, wolą przemilczeć tą trudną historię. Przypominają ją jednak obozowe baraki, z roku na rok coraz bardziej popadające w ruinę. – Po zakończeniu II wojny światowej wszystkie kraje bloku wschodniego przyjęły sowiecki model sprawowania władzy, ze wszystkimi tego konsekwencjami, m.in. w oparciu o doświadczenia polityki penitencjarnej ZSRR w latach 40. XX wieku uruchomiono proces tworzenia specjalnych obozów pracy dla więźniów – mówi dr hab. Krzysztof Szwagrzyk, naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu, badacz komunistycznych struktur aparatu represji w Polsce i podziemia niepodległościowego na Dolnym Śląsku w latach 1945-1956. Urodzony w Strzegomiu historyk o Ośrodku Pracy Więźniów – Więzieniu w Jaroszowie napisał książkę, wydana przez IPN. – Pierwsze tego typu obiekty w Polsce zorganizowano już w 1945 r. Od 1948 r. rozpoczęto tworzenie rozbudowanej sieci obozów pod nazwą Ośrodki Pracy Więźniów (OPW), funkcjonujących początkowo przy więzieniach, następnie jako samodzielne jednostki penitencjarne – pisze w swojej publikacji Krzysztof Szwagrzyk. – Na Dolnym Śląsku w latach 1950-53 uruchomiono pięć obozów pracy: w Jaroszowie (pow. Strzegom), Jelczu (pow. Oława), Wilkowie (pow. Złotoryja), Wojcieszowie (pow. Złotoryja) i Zarębie Górnej (pow. Lubań). Poza osadzonymi w Jelczu, pracującymi dla potrzeb przemysłu motoryzacyjnego, więźniowie pozostałych OPW zatrudnieni byli w kopalniach i kamieniołomach. Tam właśnie ginęło ich najwięcej. – Przez pół wieku historia OPW w Jaroszowie nigdy nie była przedmiotem badan naukowych. Jak dotąd, nie stała się też trwałym elementem świadomości lokalnej społeczności – uważa Szwagrzyk. – Nie chcieliśmy dopuścić do tego, aby fakt istnienia tu obozu zatarł czas – mówi ks. Olender. – Dlatego razem z byłymi więźniami obozu i dzięki ówczesnemu posłowi Grzegorzowi Górniakowi umieściliśmy dwie tablice pamiątkowe. Jedna z nich znalazła miejsce na cmentarzu w Rusku, druga w tamtejszym kościele. „Golgota komunizmu – szacunek narodu i wieczna pamięć o polskich patriotach, więźniach obozu pracy przymusowej w Rusku w katach 50. i 60., głodzonych i wyzyskiwanych niewolniczą pracą przez polskich zbrodniarzy okresu stalinowskiego” – taką inskrypcję umieszczono na granitowej płycie, odsłoniętej 18 lipca 2004 r. –

Od tamtej pory spotykamy się co roku, zazwyczaj w drugą niedzielę września – opowiada proboszcz z Jaroszowa. – Tak było i teraz: najpierw Msza św. w kościele pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła, następnie uroczysty przemarsz na cmentarz, gdzie złożyliśmy kwiaty pod tablicą. W tym roku po raz pierwszy patronat nad uroczystościami objął bp Ignacy Dec, dołączył się też burmistrz Strzegomia. Nie jesteśmy już sami, dowodem na to choćby liczne poczty sztandarowe ze szkół. A o takie zaangażowanie młodzieży właśnie mi chodziło. To dla nich żywa lekcja historii. Podczas tegorocznego spotkania Tadeusz Mróz, pochodzący z Głuszycy były więzień polityczny z obozu, opowiedział o warunkach, w jakich żyli więźniowie w komunistycznych obozach. – Godzina 4.30 – pobudka. Z drewnianych baraków, gdzie na dwupiętrowych pryczach mieściło się do 250 więźniów, zganiano nas szybko do kamiennych koryt ustawionych naprzeciwko murowanego budynku komendantury. Na umycie się nie było dużo czasu. Wody też zresztą przeważnie nie było – wspomina Tadeusz Mróz. Do obozu w Rusku trafił za spisek przeciwko komunistycznej władzy, jako szef konspiracyjnej grupy Związku Patriotów Polskich, którą tworzyło sześciu nastolatków. Grupę zawiązano w zakrystii kościoła w Głuszycy pod Wałbrzychem, gdzie z inspiracji ks. Stanisława Żerkowskiego i o. Jakuba Kołb-Sieleckiego powstał ZPP. Po roku został schwytany przez żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Urząd Bezbieczeństwa. Za rozrzucanie ulotek i rozwieszanie plakatów (m.in. z napisami „Katyń pomścimy”) trafił za kraty. Od jesieni 1952 do 1953 r. siedział w Rusku jako polityczny. – Jedyne, o czym można było myśleć, to o 120 procentach normy do zrobienia. 10 ton gliny na człowieka w ciągu dnia. I o tym, żeby się w tej glinie nie utopić, kiedy padał deszcz – wspomina. – Pracowaliśmy na dwie zmiany, od godz. 6 rano do 10 wieczorem, sześć dni w tygodniu. W swojej książce „Naród musi pamiętać” tak opisuje tamte dni: „Gdy wychodziliśmy do pracy w kopalni, na wieżyczkach strażniczych było pełne pogotowie. Karabiny maszynowe kierowano w naszą stronę. Padało ostrzeżenie: Uwaga! W czasie marszu nie wolno palić, rozmawiać, trzymać rąk w kieszeni. W razie próby ucieczki lub niewykonania rozkazu konwojenci bez ostrzeżenia użyją broni. Żadnego miłosierdzia, żadnej litości, żadnej pomocy. O współczuciu również nie było mowy”. – To były straszne czasy – przyznaje ks. Jan Olender. – W obozie stale było ponad 500 więźniów, łacznie przewinęło się przez OPW kilka tysięcy. Opowiadano mi tragiczne historie o próbach ucieczek, o tragicznych wypadkach… Wiadomo, że więźniowie w Rusku ginęli. Żadnego z nich nie pochowano jednak na miejscowym cmentarzu, nie wiadomo, co stało się z ich ciałami. – Większość więźniów stanowili członkowie organizacji antykomunistycznych, skazani za „próbę obalenia przemocą ustroju” oraz osoby, które rozpowszechniały wrogie wypowiedzi pod adresem partii, członków rządu, gospodarki, kolektywizacji, Stalina lub Związku Radzieckiego – dodaje Krzysztof Szwagrzyk. – Ciała więźniów nie były jednak grzebane na miejscowym cmentarzu, lecz wywożone w kierunku Wrocławia i chowane w nieznanym dotąd miejscu. – Popędzani przez strażników pękami kluczy, łokciami, kuksańcami, kopnięciami, gubiliśmy pod drodze trepy, kawę i chleb. Im większe było nasze upodlenie, tym większa była satysfakcja naszych oprawców. Każdy przejaw buntu lub niezadowolenia z naszej strony był natychmiast tłumiony zamknięciem w karcerze, biciem i głodem – pisze we wspomnieniach Tadeusz Mróz. 15 listopada 1958 r. podjęto decyzję o zamknięciu obozu. Proces likwidacji trwał kilka miesięcy i ostatecznie zakończył się w pierwszych miesiącach 1959 r. Po roku władze więziennictwa uznały, że były obóz jest odpowiednią bazą dla więzienia. W tym celu 5 lutego 1960 r. byłemu komandytowi OPW w Jaroszowie powierzono zadanie zorganizowania więzienia w Jaroszowie. Za oficjalną datę jego powstania uznaje się dzień 6 lutego 1960 r. Wiezienie istniało 5 lat, do 1965 r. Wtedy to teren obozu przekazano Okręgowym Zakładom Centrali Nasiennictwa Ogrodniczego i Szkółkarstwa we Wrocławiu. Decyzją nowego właściciela pomieszczenia rozwiązanego zakładu karnego przeznaczono do składowania materiału nasiennego dla rolnictwa i leśnictwa. Ślady po zakładach widać do dziś. – Nie możemy o tym miejscu zapomnieć – przekonuje ks. Jan Olander. – Dlatego nadal co roku będziemy organizować nasze spotkania, będziemy wciągać w nie młodzież. Może mieszkańcy Ruska też się kiedyś otworzą i przerwą milczenie?